Świnica – diablica (dzień trzeci)

Obudziłam się w dokładnie takiej pozycji w jakiej zasnęłam. Myślałby kto, że przez głęboki sen. Nie, nie mogłam się poruszyć. Przy próbie przewrócenia się na drugi bok, kolana zaprotestowały stanowczo przenikliwym bólem. Nie mogę narażać odklejającej się siatkówki na wstrząsy, więc podczas wczorajszego zejścia starałam się każdy, nawet najmniejszy amortyzować stawami w kolanach. Bolało bardzo. Trudno – pomyślałam. Trzeba się wziąć w garść.

Wstałam odpowiednio wcześnie. Zjadłam kromkę z pasztetem i siadłam nad mapą. Na dziś w planie był Kościelec. Miałam na to cały dzień, odliczając kilka godzin na zejście z Doliny Gąsienicowej do Kuźnic i podróż do Zakopanego. To było zdecydowanie za dużo czasu jak na jeden szczyt.

2 1Spakowałam się i ruszyłam  nad Czarny Staw Gąsienicowy. Tym razem w pełnym słońcu. Było bardzo ciepło i na szlakach pojawiło się zdecydowanie więcej ludzi niż wczoraj. Po kilkuset metrach przeskakiwania po wygładzonych kamieniach stwierdziłam, że nie idzie mi się źle, zwłaszcza, że jest cały czas pod górę. Kolana bolą, ale do zniesienia. Kościelec uśmiechał się do mnie lubieżnie nagi, bez niemal ani grama śniegu. Przepiękny zapach lasu nie pozwalał skupiać mi się na bólu. Widać też było znacznie dalsze górki: Kozi Wierch, Mały Kozi wierch, groźna Zmarła Turnia i Czarne Ściany za Granatami.

Szłam i zastanawiałam się nad sobą. Wczoraj stanęłam nad możliwością wyboru ryzyka. Ale co świadczył o mnie fakt, że go nie podjęłam? Może byłoby warto? Czy byłam odpowiedzialna, czy tchórzliwa?

34 Dotarłam nad staw. Było tu bardzo dużo ludzi. Jeszcze nigdy tylu na raz w tym miejscu nie widziałam. Zdjęłam buty i wdrapałam się na ciepły od słońca wielki słynny kamień. Woda była, jak zwykle, lodowata, a na jej tafli pływał kawał lodu, którego przedwczoraj nie zauważyłam. Lodu? Śniegu! To była pozostałość po lawinie, którą wywołali ludzie wpinający się na Kozi Wierch… Tam faktycznie musiało być niebezpiecznie. Sama nie wiem… dobrze zrobiłam?

Postanowiłam napełnić butelkę wodą. Zejście z kamienia, który przestał być ciepły od słońca, a wręcz nieprzyjemnie chłodny, spowodowało, że oczy zaszły mi łzami. Z trudem kucnęłam nad wodą, i zanurzyłam butelkę. Podniesienie się z kucek stało się w jednej chwili niewyobrażalnym wysiłkiem. Przy pierwszej próbie się nie udało, przez co napłynęło więcej łez, bo druga próba obejmowała tę samą falę bólu stawów. Nie dam rady wejść na Kościelec – pomyślałam. To znaczy, dam radę wejść, ale o schodzeniu nie było absolutnie mowy. Jeszcze, gdy czeka mnie zejście do miasta…

5

Straciłam pomysł na dzień, nie przypuszczałam, że jestem w tak złym stanie. Postanowiłam, że to dobry czas na złapanie trochę słońca. Krem z filtrem wczoraj nie zadziałał, ale poczułam to dopiero nocą, jednak na nogach pojawiła się ładna baza do opalania. Czy to może być pierwszy raz od maleństwa, kiedy uda mi się opalić, choć trochę, białe nogi? Spróbuję. Położyłam się na cieplutkich korzeniach kosodrzewiny. One trzymały znacznie więcej ciepła niż zwodniczy kamień. Zaczęłam czytać Czechowa, lecz co chwilę rozpraszali mnie ludzie przekazujący sobie plotki odnośnie stanu szlaku na Świnicę, Kozi i Zawrat. Nasłuchałam się masy głupich spekulacji od stojącej nieopodal grupki młodych turystów. Podeszłam więc i opowiedziałam jak tam jest. Pokiwali ze zrozumieniem głową, wdaliśmy się w krótką rozmowę o szlaku do Doliny Pięciu Stawów. Wróciłam na swój kosodrzewinowy, cieplutki spot, pogrążyłam się w lekturze.

Gdy doczytałam broszurę, stwierdziłam, ze potrzebuję nowego zajęcia. Ciepło głaszczącego mnie słońca przyjemnie wygrzewało mi ból. Jednak nie potrafiłam siedzieć bezczynnie. Poczułam złość na siebie, że chyba zaczynam się nudzić. Dopadły mnie jednak refleksje. Postanowiłam powoli wracać do schroniska i zacząć potem kierować się do miasta. Nie będzie źle, gdy wrócę kilka godzin wcześniej, niż planowałam, a Kościelec odpada. Cokolwiek – odpada.

8 7Ruszyłam w dół. Każdy krok bolał jak diabli, jednak starałam się o tym nie myśleć.  Wiedziałam tylko, że było warto. Czułam się dziwnie lekko, myśląc o wczorajszej przygodzie. To nie było nic niezwykłego, ludzie miewają trudniejsze przygody, jednak to był pierwszy raz, kiedy jako dorosła zmierzyłam się sama ze sobą. Czyli pierwszy raz świadomie i pierwszy raz miałam okazję wyciągnąć z tego wnioski.

Jak wiele razy w życiu ryzykowałam? Nie umiem odpowiedzieć, nie przypominam sobie żadnej konkretnej sytuacji, w której czułabym to co wczoraj. Czy to znaczy, że tak na prawdę nigdy? I dalej – czy miałam kiedyś taką możliwość, a tego nie zrobiłam? Tutaj miałam w głowie tylko jeden taki raz. Każda moja decyzja była zawsze przemyślana i rozważona, a pomimo to moje życie wcale nie było nudne,  lecz to teraz nie ważne. Zawsze starałam się unikać ryzyka i iść tylko pewną ścieżką, ale teraz widzę, że w życiu pojawiają się też takie sytuacje, w których czasem warto podjąć ten niebezpieczny szlak. Zginę, albo dojdę na szczyt. Ale chociaż spróbuję…

W tej chwili zatrzymałam się przed schroniskiem. Zawinęłam plecak i nie żegnając się z nikim i nie oglądając się za siebie, bez słowa ruszyłam w kierunku ujścia doliny. Do domu. Wspinanie się po drewnianych schodach prowadzących na Przełęcz Między Kopami było dziwnie meczące, lecz byłam pogrążona głęboko w rozmyślaniach o życiu.

11

10

Na niebieskim szlaku dostrzegłam niebieskie kwiatki… Zapatrzyłam się w nie. Tata lubił niebieski. Właśnie taki. Zawsze, gdy o nim pomyślę przypomina mi się nasza ostatnia kłótnia, w której powiedziałam wiele rzeczy, których wcale nie myślałam wtedy na prawdę. Jednak nie zdążyłam ich nigdy odwołać. To chyba jedyna rzecz w życiu, której tak na prawdę żałuję. Bo boli bardzo. Bo mi wtedy uwierzył… Wystarczy choćby zalążek myśli o tym, a moje oczy same zapełniają się łzami. Tak jak właśnie teraz.

Następną myślą zawsze po tym jest, że moje życie było trudne, ale to temat na inną opowieść. Jeśli w ogóle. Dość rozczulania się nad sobą! Myślenie o tym nie ma już sensu. Sytuacje zostały przeżyte, błędy zostały popełnione, spirale wydarzeń już dawno mnie pochłonęły, przetrawiły i wypluły, a wnioski zostały podjęte. Teraz jestem tu, o krok od Przełęczy i muszę podjąć decyzję, którą drogą wrócić do domu. Tę, którą tu przyszłam – Doliną Jaworzynki, czy iść przez lesisty Boczań. Z rozwalonymi kolanami, tak jak teraz, żadna z tras nie była łatwa, ale wybrałam jednak Boczań. Tak jak pisałam wcześniej – lepiej iść Boczaniem w dół, bo nie ma za bardzo czego oglądać, a lepiej patrzeć pod nogi.

1213

Ruszyłam na prawo. Pogoda nadal była bardzo ładna, widać było bardzo duży obszar, zaś pod nogami uśmiechała się Jaworzynka, za plecami wychylał ciemny Krywań (zza Koszystej? nie jestem pewna…). Grań Boczania przywitała mnie popołudniowym ciepłem i portretem Gęsiej Szyi z przylepioną u jej podnóża Rusinową Polaną. Nie byłam pewna, co dokładnie widać na polanie, owce, czy domki, nadmiar wiary we własne oczy mnie rozczarował – to jednak chatki.

Usiadłam na stromej grani patrząc w dół. Mijali mnie ludzie idący głównie w przeciwnym kierunku niż ja. Wzięłam głęboki wdech i napiłam się z butelki wody ze stawu. Lodowatej. Nagle przed oczami stanęła mi masa śniegu pływająca na powierzchni wody. W tym momencie podjęłam decyzję. Zaryzykuję. Jestem tu, bo się zakochałam, a on złamał mi serce, a teraz jestem tu sama, żeby sobie udowodnić, że go nie potrzebuję. Nie, nie tylko dlatego. Ale to jedyna sytuacja, w której nie podjęłam ryzyka. Zastałam go w złym momencie życia, żeby mógł podejmować takie decyzję, a warto na niego zaczekać. Moja decyzja brzmi – nie odpuszczę. Będę o niego walczyć. Nigdy o nikogo nie walczyłam, nie umiem, ale zrobię wszystko co tylko będę mogła, chociażby dlatego, żeby nie wyrzucać sobie, że nie spróbowałam. Wczoraj udowodniłam sobie, że jestem w stanie podejmować takie decyzje, zamiast odchodzić obojętnie. To dobry dowód.

24474668_1618154528247394_1361987775_o24474718_1618154521580728_1537731968_o

Wstałam gwałtownie, pełna energii, jaką dało mi podjęcie decyzji. Pełna dziwnej siły i nadziei, że to się może udać. Ruszyłam dalej w dół. Nawet kolana jakby mniej bolały. Choć może mi się wydawało? Nie ważne. Szlak coraz niżej stawał się stopniowo bardziej zalesiony, cieszyłam się przyjemnym cieniem. Myślałam cały czas nas krokiem, który postanowiłam zrobić wedle tej ważnej decyzji. Wpadłam na pomysł wysłania listu (dokumentu w Wordzie, o którym pisałam już kiedyś). Postanowiłam w nim opisać wszystkie niedopowiedzenia, które nie zostały nigdy wyjaśnione – z mojej winy. Nie odważyłam się wyjaśnić, co myślę, łatwiej było zamilknąć. Zobaczyłam, że to głupie i tchórzliwe. To nie ja. Nie ta nowa ja – sprzed samotnej wycieczki w góry.

Słońce powoli zaczynało zachodzić, a i moja wysokość coraz bardziej się zmniejszała, z każdym krokiem kolana bolały coraz bardziej, a ja nabierałam pewności w swojej decyzji. Gdy doszłam do Białego Dunajca przy wyjściu z parku, płakałam z bólu przy każdym ruchu nóg. Złapałam bus do Kuźnic i ruszyłam do Zakopanego. Tajemniczo uśmiechnięty Giewont patrzył się na mnie z góry. Odwzajemniłam uśmiech. Przyjemnie było siąść w miękkim fotelu autobusu. W Zakopanem pojawiłam się dosłownie w chwilę. Wysiadłam troszkę wcześniej, na Krupówkach, żeby kupić prezenty dla przyjaciół, którzy nie raczyli się tu ze mną pojawić. Kasi kupiłam magnes na lodówkę z płaskorzeźbą Hali Gąsienicowej, Pawłowi porcelanową góralkę, a mamie śliczną chustkę z zakopiańskimi wzorami regionalnymi.

24321900_1618154471580733_1158264237_o

6

Usiadłam na ławce i prześledziłam trasę, którą przeszłam przez te trzy dni. Nie tak trudna, ale zbyt rzadko chodzę, więc mnie zniszczyła. Szlak na Świnicę okazał się być jednak dość długi, a sama góra – wyzwaniem, jednak nic nie było tak obciążające jak zejście czarnym szlakiem ze Świnickiej Przełęczy. Z uśmiechem dopisałam markerem „nigdy więcej na Świnicę” wiedząc doskonale, że i tak niedługo tam wrócę.

124321859_1618154464914067_143259784_o

Złapałam autobus do Krakowa. Miał miejsca siedzące, ale nie miało to dla mnie i tak znaczenia. Usiadłam po odpowiedniej stronie, żeby w drodze powrotnej jeszcze oglądać żegnającą mnie panoramę. W Poroninie na moście przyjrzałam się im z tęsknotą. Dałyście mi w kość, pomyślałam. Ale było warto, choćbym miała zostać ewakuowana ze szczytu śmigłowcem. Uwielbiam wasz widok, zawsze mnie będzie inspirował. Codziennie was wypatruję z okna autobusu zjeżdżając z Góry Borkowskiej, jadąc na uczelnię i gdy uda mi się was dostrzec zawsze grożę palcem w myślach.

Uśmiechnęłam się. To było dobre wyjście. Potrzebowałam go, żeby ogarnąć własne myśli i uczucia. Żeby podjąć decyzję i żeby przeżyć jedną z najtrudniejszych chwil w życiu. Żeby zmierzyć się ze sobą. Żeby nabrać odwagi. Żeby zawalczyć o ważne rzeczy i osoby w moim życiu.

24321787_1618154511580729_1448998322_o

A na koniec jeszcze wyłoniła się Babia Góra. Dostrzegłam ją w miejscowości Naprawa – w miejscowości, w której kiedyś rozkraczyło nam się z kolegą auto, o ironio… A kolegę będę od tej chwili nazywać Anthony.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>